18.5.08

Cezary Michalski na styku... kultur
i w ogóle wszystkiego

Czytam Listy z Ameryki Cezarego Michalskiego i jestem pod wrażeniem. Nawet trudno mi powiedzieć pod wrażeniem czego jestem. Michalski w zasadzie nie wyraża tam opinii, których nie można się było po nim wcześniej spodziewać. Ale wysiłek jaki podejmuje, żeby pokazać nam USA robi wrażenie. Czyta, ogląda amerykańską telewizję, odwiedza miejsca, w których się "nie bywa". Próbuje rozdzielić amerykańskie idee od obrazów, do których przywykliśmy dzięki telewizji, politykom i ideologom. Ten intelektualny wysiłek przypomina wręcz ćwiczenia duchowe, bo stara się Michalski pokazać świat taki, jakim go widzi i jakim widział(by) go w czasach młodości. Treści jakimi wzbogaca tradycję epistolarną stanowią ilustrację tezy, że podróże kształcą... WYKSZTAŁCONYCH.

Trudno przecenić rolę obrazu USA w kształtowaniu się dogmatów politycznych w Polsce. Wydaje mi się bardzo ważne to, z czym w głowie wróci Cezary Michalski do Polski. Na bilet powrotny miało stosunkowo niewielu Polaków (patrz diaspora). Czy to z czym wróci będzie tak samo "niezniszczalne" jak powiedzmy u Tomasza Lisa?

Ale piszę to może tylko dlatego, że Ameryka jaką znam i lubię to w zasadzie tylko South Park i The Daily Show. A Cezary Michalski jest pierwszym komentatorem, który nie brzydzi się na produkcje Comedy Central spojrzeć.

A na zakończenie tego panegiryku przytoczę pewną refleksję tego nieortodoksyjnego konserwatysty, która być może będzie krytycznym komentarzem do kolejnych, nadchodzących wpisów na tym blogu.

To, co było alternatywne wobec zachodniego postępu w jego amerykańskiej, angielskiej czy francuskiej wersji, okazało się tak dalece gorsze, że nauczyłem się egzorcyzmować z siebie nawet pokusę ironii. I w tej kwestii staję się pomału purytańskim zrzędą. Nawet chłopcom i dziewczętom z prawackich i lewackich formacyjnych środowisk przyglądam się z niesłabnącą uwagą już wyłącznie dlatego, żeby wiedzieć, czy ich typowa dla późnodziecięcego wieku żądza śmierci - lubiąca przebierać się w rozmaite ideologiczne kostiumy, wyrażająca się w głodzie "silnych wartości" i ideologicznej mobilizacji - nie wygra w nich aby z równie naturalnym u dojrzewających ludzi pragnieniem życia, kariery i przystosowania. Pragnieniem tylko z pozoru nudnym, tylko z pozoru niepozostawiającym po sobie wielkich dzieł.

16.5.08

Psikał

W idealnym społeczeństwie nikt by nie robił takich reklam, nie byłoby też dla kogo ich robić, a jeśli już taka reklama by powstała, wściekły tłum pozrywałby te plakaty i obrzucił siedzibę firm psim kałem.

Ten tekst zrobił na mnie wrażenie. Ktoś w końcu odważa się po polsku mówić o idealnym społeczeństwie! I okazuje się, że reklama raczej nie będzie częścią lepszego świata [6][7][8]. Analizowanie przekazu, demaskowanie ideologii i takie tam "wydziwiania" [intelektualistów] to już... robiliśmy [1][2][3][4][5]. Ale ten PSI KAŁ to naprawdę mocny pomysł. Coś mi się widzi, że nasza droga do idealnego społeczeństwa nie będzie usrana różami.

Cała Polska wie już, że reklama jest polityczna. Ale dobrze jest pamiętać, że reklama jest tylko częścią procesu przemiętaszania człowieka w konsumenta. Tą widoczną. A co z "ubekami"? [*]

14.5.08

Kto w nas zabija kreatywność?

Mam problem z poczuciem humoru. I jest to dość powszechny, choć osobliwy problem. Wolę, gdy ktoś mówi interesująco i urzeka mnie dowcipnymi przykładami niż ględzi. Nie chcę się męczyć, dlatego lubię prezentacje takie jak ta:



A tu transkrypcja, żeby wiedzieć, z czego się śmiejemy.

Tylko czego właściwie dowiadujemy się z tej prezentacji? Że przyszłość stała się dzisiaj nieprzewidywalna? Że ludzie klaszczą się szybciej, gdy mówisz im, że powinni stawiać na "kreatywność"? Ale przyszłość zawsze była nieprzewidywalna. Jedyna różnica, że współcześnie nie odważamy się już jej planować czy kontrolować.

Robinson przekonuje, że naturalność dzieci i ich gotowość popełniania błędów już są umiejętnościami - potrzebnymi teraz (czyli i w przyszłości), a szkoła nas ich pozbawia. Znaczenie tej naturalności (zawijamy ją w magiczne słowo "kreatywność") powinno być takie jak umiejętność czytania i pisania, twierdzi. Tylko tyle - bo to poziom nauczania początkowego, którym objąć trzeba wszystkie dzieci na świecie; i aż tyle - w końcu problem wtórnego analfabetyzmu znamy nie od dziś.

Robinson krytykuje także hierarchię nauk i stygmatyzowanie błędów jakie odbywa się w szkole. Znaczy to, że wszyscy uczą się matematyki przede wszystkim, a sztuki na końcu, a do tego boimy się panicznie popełnić błąd odpowiadając na pytania.

Przykładem takiej paniki może być te około tysiąca gimnazjalistów zostawiających puste miejsce pod słynnym zadaniem 32. Około tysiąca młodych ludzi w Polsce nie nauczyło się w gimnazjum kreatywności! I jeszcze mają prawo teraz wybrzydzać, bo cały narzucony polskiej szkole system testowania rezultatów nauczania upoważnia ich do tego! Testy może i mówią coś o tym, czego dziecko się nauczyło, ale gdy robi się je na początku roku, żeby zobaczyć gdzie jesteśmy. Testy końcowe przede wszystkim mają segregować i wszyscy o tym wiedzą. Mało kto narzeka na brak dziecięcej kreatywności gimnazjalistów - rodzice mówią, że poloniści [eksperymentując(?) z programem] obniżyli szanse ich dzieci na trafienie do lepszych szkół! I co właściwie nauczycielom po tej wiedzy o rezultatach swoich uczniów z jednego, niepowtarzalnego egzaminu odbywającego się pewnego ciepłego dnia, którego wynik tj. liczba, ciągnąć się za dziećmi będzie do czasu zdania następnego egzaminu z kolejną liczbą wyjściową? Ten sposób testowania wzorowany jest na testach PISA (narzędziu do wywoływania reform) i narzucony jest tak uczniom jak i nauczycielom przez OECD (a jakiej nauki chcą ci ekonomiści, tańca?). Udzielanie tylko prawidłowych odpowiedzi, zakaz redefiniowania problemów i bezwzględne trzymanie się programu z konieczności wspólnie praktykowane w szkołach, ma tę niezwykłą zaletę, że ignoruje wszystko co wiemy o uczeniu się!

Zadziwiające jest jednak to, że słuchając o kreatywności i obserwując przyszłych przeciętnych głupców uczących się do testów ostrze naszej krytyki kierujemy często przeciw... kanonowi np. lektur, a remedium widzimy w komputerach. (takie przynajmniej mam wrażenie z pobieżnego i porannego przejrzenia wpisów na blogu Kultura 2.0)

Muszę przyznać, że przy całym optymizmie dla technologii, nie bardzo rozumiem jak program rozdawania laptopów dzieciom w biednych krajach (pisaliśmy o tym tu) ma zwiększyć kreatywność tych dzieci. Gdzie jest kreatywność polskich dzieci po latach obcowania z komputerami? Pytanie pomocnicze: czy jest widoczna POZA INTERNETEM? Bo jeśli dzieci mają zmieniać świat, to chyba nie tylko swój tzw. wewnętrzny, co? Nie no, zapomniałem, te laptopy będą miały nowe, lepsze oprogramowanie, dzięki któremu wszystkie dzieci, niezależnie od języków, kultur i problemów jakie mają, nauczą się czegoś zupełnie innego niż "wewnętrzna emigracja". I może dzięki temu nie będą już chciały przyjechać do nas do Europy? Bo strasznie ich dużo, tylko w Internecie się wszystkie pomieszczą :)

A kanon, hmmm. Lepiej nie pokazywać związków między tym co było, a tym co jest. Jeszcze dzieci mogłyby zacząć oczekiwać POSTĘPU innego niż tylko technologiczny. Wszystko co robicie dzieci jest NOWE. Nikt nigdy nie potrafił przekazać swoich myśli lepiej niż ty, kreatywny Jasiu czy Muhamedzie, choć rzeczywiście to co tworzysz nie ma żadnego znaczenia.



5.5.08

Walka klas 2
Króliki kontra świnie?

Pod koniec naszej wakacyjnej podróży stopem mieliśmy szczęście trafić na tzw. tirowców. To taka grupa zawodowa zdominowana w Europie przez Polaków. W praktyce oznacza to, że nie jest ważne na jakich blachach jest TIR, rozmowę z kierowcą możesz zacząć od powiedzenia czegoś po polsku. Ze względu na poziom płac, wielotygodniowe oderwanie od rodziny i nadzór ze strony firm spedycyjnych przyjęło się mówić o tirowcach jako o „niewolnikach Europy”.

Pewnego wieczoru na parkingu bodajże we Francji, siedzieliśmy kilkoro, piliśmy czeskie piwo i zeszło na politykę. W czasie 2 miesięcy podróżowania przeoczyliśmy m.in. odejście niesławnego Giertycha, chcieliśmy więc uzupełnić luki w wiedzy. Punktualnie o 22:00 wsłuchiwaliśmy się wszyscy w wiadomości Polskiego Radia. Tylko sygnał Jedynki można odebrać w wolnej i zjednoczonej Europie, a szum, trzaski i atmosfera były takie jakbyśmy cofnęli się w czasie i słuchali „Wolnej Europy”. Ale najważniejsza była nasza z nimi rozmowa. Okazało się, że „nasi niewolnicy” nie podzielali smaku do świętego estetycznego oburzenia rządami PIS. Nie potrafili elokwentnie się bronić ani analizować subtelnych "za", a zwłaszcza "przeciw". W zasadzie nawet trudno było od nich wyciągnąć te deklaracje poparcia dla PIS. Ale kiedy już padły, sformułowane zostały z niesamowitą przejrzystością: My będziemy głosować na PIS, nasi szefowie na PO. Niby nic nowego, a próba badawcza niereprezentacyjna wcale. Ale było w tym echo najwidoczniej częściowo trafnego/trafiającego „My jesteśmy tam gdzie wtedy...”. Tyle, że zrozumiałe mówienie do wszystkich o podobieństwach dzisiejszych pracodawców z dawnym aparatem represji wymagałoby wybudowania lewicowych dyskursów.

Tak odkryliśmy, że punkt siedzenia (tu: za kierownicą TIRa) określa punkt widzenia, czyli – bardziej klasycznie – byt określa świadomość. A podstawową dystynkcją kulinarną – czkawką powraca Bourdieu – była oczywiście „sprawa mięsa”. My im o wolnej miłości, zaletach marchewki i paszach GMO, a oni nam że głodni. Myślę, że „sprawa mięsa” była dla nas taką samą męczarnią, jak dla nich „sprawa ZOMO”. Króliki kontra świnie?

poprzednie: Walka klas 1

18.4.08

Duński dowcip czy kwietniowa rzeczywistość?

[eee... kapitaliści nie chcą spojrzeć, a co dopiero płacić za te słowa, choć taki próbowałem być zabawny. Cóż, osobliwe poczucie humoru]

Zaledwie 100 km od polskiego wybrzeża zaczyna się kraj, o którym niewiele w Polsce wiadomo. Ale nie można powiedzieć, że nic o tym kraju nie wiemy, skoro w zeszłym roku najczęściej osiedlali się w nim właśnie Polacy. To Królestwo Danii, kraj, którego mieszkańcy są dumni z tego, że płacą najwyższe podatki na świecie.

Duńczycy słyną z niewybrednego poczucia humoru. Bez tego specyficznego humoru i żywiołowego temperamentu niewiele różniliby się od Szwedów. Może komuś uda się zgadnąć, która z poniższych wiadomości jest kwietniowym żartem spreparowanym przez media w prima aprilis.

Koniec z wodą w butelkach
Jedna z sieci hoteli ogłosiła, że w swoich 141 hotelach zaprzestaje serwowania butelkowanej wody. To wkład firmy w walkę z emisją gazów cieplarnianych. Przy produkcji butelki wody powstaje 1000 razy więcej CO2 niż trzeba na dostarczenie jej kranem. Od teraz klienci otrzymywać więc będą filtrowaną wodę z kranu. Jeśli nalegać będą na butelkowaną – w butelce podana zostanie filtrowana.

Kamieniami w dzieci

Młodzi obcokrajowcy w Kopenhadze rzucali kamieniami w pedagogów, rodziców i w wózki z małymi dziećmi na terenie żłobka. Psycholodzy tłumaczą to zachowanie próbą zaatakowania duńskiego systemu. Sprawców nie złapano. Policja ma nadzieję, że zgłoszą się sami i przeproszą za swoje zachowanie.

Przeprosiny w Turcji
Duński ambasador w Turcji przeprosił za Danię na pogrzebie 16-latka zatłuczonego kijami bejsbolowymi przez trzech nieznanych sprawców. Chłopak zaatakowany został roznosząc gazety na ulicy Polensgade (ulica Polska lub Polarna) w Kopenhadze. Padła propozycja, by ulica ta nosiła teraz imię ofiary.

Niebezpieczne związki 1
Dobrze zapowiadający się polityk Socjaldemokratów uprawiał seks z 15-latką poznaną na spotkaniu partyjnym z Młodymi Socjalistami. Koledzy nie chcą go teraz zapraszać na imprezy partyjne. Eksperci twierdzą, że 10 lat temu nikt by się tym nie przejął. Ale obecnie Socjaldemokraci tracą w sondażach na korzyść Socjalistycznej Partii Ludowej, która tym samym staje się czołową partią opozycyjną w Danii.

Dania częścią Polski
Najnowszy duński film akcji pod tytułem „Płomień i Cytryna” opowiada o zabijaniu kolaborantów podczas II Wojny Światowej. Rolę jednego z morderców, o pseudonimie Cytryna odtwarza Mads Mikkelsen. Aktor stwierdził w wywiadzie, że przedstawieni w filmie kontrowersyjni mordercy to bohaterowie i to o nich powinno się uczyć w szkołach, a nie o podróżnikach zdobywających Biegun Północny, jak czyni się to obecnie. Dodał, że to dzięki takim ludziom jak Płomień i Cytryna Dania nie jest dzisiaj częścią Polski.

Bez łazienek i toalet
100 tysięcy mieszkań w Danii nie ma łazienki, a 25 tysięcy nie ma nawet własnej toalety! Przez lata inwestowano w Danii w estetykę placów i ulic, bo to przyciąga to turystów. Zapomniano jednak o poprawie warunków mieszkaniowych.

Pies bez kagańca
W Wolnym Mieście Christiania interweniująca policja zastrzeliła psa bez kagańca. Wybuchły zamieszki, bo w Wolnym Mieście zwierzęta chodzą swobodnie. Spłonął cywilny samochód policji. Funkcjonariusze wycofali się z tego osobliwego osiedla. I w ogóle coraz mniej młodych Duńczyków chciałoby zostać policjantami.

Niebezpieczne związki 2
Członkowie Chrześcijańskiego Związku Zawodowego w Danii są z zasady łamistrajkami. Dlatego narażają są na mobbing ze strony pozostałych pracowników. Presja społeczna utrudnia przynależność do chrześcijańskiego związku. Ale już wkrótce jego członkowie zaczną otrzymywać specjalne dodatki pieniężne za psychicznie ciężkie warunki pracy w czasie strajków.

Faszystowskie stypendia
Uniwersytet w Kopenhadze zrezygnował z finansowania stypendiów z pieniędzy ufundowanych przez japońskiego faszystę i mordercę z okresu drugiej wojny światowej. Dotychczas sugerowano studentom, żeby nie afiszowali się w Japonii z nazwą swego stypendium, bo patron nie przez wszystkich jest szanowany.

Scjentolodzy
Blisko 500 Duńczyków tygodniowo jest formalnie przyjmowanych do Kościoła Scjentologicznego. Tym samym Kopenhaga staje się po Florydzie drugą najważniejszą lokalizacją tego kościoła.

Wychłodzenie związkowców

Związki zawodowe rezygnują w tym roku z obchodów pierwszego maja (w Danii dzień ten nosi nazwę – Międzynarodowy Dzień Walki Robotników). Przyczyną rezygnacji z kultywowania tradycji jest... brak rąk do pracy. Zamiast tradycyjnych obchodów wręczone zostaną za to darmowe lody dla pracowników budżetówki.

Przyśpiewki
Młodzi Konserwatyści w Danii śpiewają niewybredne piosenki polityczne. I nawet starsi działacze nie potrafią powstrzymać młodzieży. A chodzi o rzeczywiście prymitywne przyśpiewki typu: „Socjalista jest miły. Tak, socjalista jest miły. Ale zwłaszcza, gdy już trafi do mogiły.”


ODPOWIEDŹ:
Wychłodzenie związkowców to oczywiście żart. To niemożliwe, żeby Duńczycy porzucili Międzynarodowy Dzień Walki Robotników nawet dla lodów. Dania jest krajem, który widziany z perspektywy polskich doświadczeń ekonomicznych w ogóle nie powinien funkcjonować. Socjalizm jest częścią tożsamości tego kraju. Centrum Kopenhagi zdobią rozległe budynki central związkowych. A za patologie społeczne media obwiniają... obwiniają to nie jest właściwe słowo... łączą patologie z budżetowymi cięciami.

Koniec z wodą w butelkach – Copenhagen Post z tygodnia 28.3-3.4
Kamieniami w dzieci - Nyhedsavisen z dnia 3.4.2008
Przeprosiny w Turcji – Ekstra Bladet z 4.4.2008
Niebezpieczne związki 1 – wszędzie, np. Copenhagen Post 4-10.4.2008, Nyhedsavisen 2.4.2008
Pies bez kagańca – Nyhedsavisen z dnia 3.4.2008 + 7.4.2008
Niebezpieczne związki 2 – Urban z dnia 3.4.2008
Faszystowskie stypendia - Nyhedsavisen z dnia 3.4.2008
Dania częścią Polski - Information, z dnia 27.3.2008
Łazienki bez toalet - 24timer, z dnia 25.3.2008
Scjentolodzy - Copenhagen Post z tygodnia 28.3-3.4
Wychłodzenie związkowców – 24timer z 1.4.2008
Przyśpiewki - Nyhedsavisen, z dnia 2.4.2008

15.4.08

Model skandynawski
Adam Michnik polecił:
„Polski hydraulik i inne opowieści o Szwecji”

Trudno jest napisać dobrą recenzję książki, której się nie czytało. Ale po recenzji i obszernym fragmencie w Gazecie Wyborczej pt. „Szwecja skazuje za współczucie” wcale mi się do książki autorstwa Macieja Zaremby nie spieszy. Niewiele jest publikacji przybliżających Polakom zasady funkcjonowania tzw. modelu szwedzkiego. Po spojrzeniu w górę mapy zostajemy z masą statystyk, z których wynika, że nasi północni sąsiedzi wyprzedzają świat cywilizacyjnie pod każdym niemal względem. Niezwykłe jest wprost, jak niewiele z tego korzystamy, gdy dokonujemy naszych ekonomicznych, czyli politycznych wyborów w Polsce.

I oto pojawia się w Polsce książka opisująca patologie szwedzkiego systemu. Z tego co zrozumiałem książka jest pełna przerażających historii o ingerencji funkcjonariuszy państwa w życie obywateli i ogólnie rzecz ujmując o dehumanizacji życia i niesprawiedliwości. Wygląda na to, że profilaktycznie zniechęca się polskich czytelników do skandynawskich porządków.

Nie wiem tylko czy ewentualni czytelnicy zdają sobie sprawę z komicznego efektu jaki powoduje polityczne użycie tej książki. Opowiada ona bowiem o patologiach skandynawskiego prawa. Prawa wręcz skandalicznie opresyjnego! Dzięki takiej książce Polacy będą w stanie optymistycznym statystykom upowszechnianym przez Krytykę Polityczną przeciwstawić tragedię zwykłych ludzi, tragedię kobiet skazanych za uśmiechy, pocałunki, ciepłe słowa.

Może kogoś to zdziwi, ale patologie tego prawa są powszechnie znane – polecam film o „ustawionych procesach” sądowych pt. Dzieciaki skazane za terroryzm. To dopiero koszmar.

Efekt komiczny polega na tym, że model skandynawski opiera się na prawie tak jak polski kapitalizm na polityce. Owszem, można opowiedzieć historię ostatnich 20 lat Polski drobiazgowymi opisami politycznych afer, ale nie będzie w tej historii niczego optymistycznego. Ba, nawet odrobinę życzliwego, ludzkiego. Skandynawowie nie ufają prawu, tak jak my nie ufamy politykom. My używamy Trybunału Konstytucyjnego do obrony naszych wolności przed nieodpowiedzialnymi politykami. Oni mobilizują swoich polityków do obrony przed nieodpowiedzialnym prawem. Nasz trybunał jest wzorowany na niemieckim. W Niemczech uzasadnieniem dla istnienia takiego strażnika systemu były „niewłaściwe wybory polityczne” jakich dokonali Niemcy. U nas Trybunał, z jednej strony, był mechanizmem pomagającym tworzeniu spójnego prawa, a z drugiej, chronił system przed ewentualnymi politycznymi zwrotami.

W Skandynawii system prawny oczywiście istnieje, ale porządek społeczny oparty jest na ustanawianiu konsensusu. Jest to porządek tworzony niejako od dołu, w przeciwieństwie od polskiego, gdzie najpierw mieliśmy decyzję o wielkiej zmianie ustroju, a potem dopasowywanie wszystkiego pod nadrzędną zasadę.

Patologie opisane przez Zarembę rozbudziły emocje w Szwecji, dyskutowano, wystawiano sztuki teatralne itp. Skandynawowie, z tą swoją mądrością lewacką, prawdziwą, siadają i dyskutują szukając rozwiązań. Dlatego tak ważne jest dla nich, aby nikogo z tych dyskusji nie wykluczać. Przypominają tym trochę indiańskie plemiona z przygodowych książek na temat dzikiego zachodu. Tyle, że ci Indianie są bardziej zaawansowani cywilizacyjnie. I zdają sobie sprawę, że ich bizony nie są tak liczne jak dawniej. Największymi optymistami są za to ci, co świeżo się w tych krajach osiedlają. Mają szczęście nie pamiętać bizonów podebranych przez uciekające od płacenia podatków korporacje. Nowi wiedzą jak wygląda skolonizowany świat poza Skandynawią.

Największym zagrożeniem dla modelu skandynawskiego jest za to proces integracji europejskiej. Do Polski dzięki integracji napływają pieniądze, które łagodzą skutki neoliberalnych reform. Tym samym niejako je finansując. Dla Szwecji czy Danii integracja jest jednak zagrożeniem nie ze względu na nowe prawa, ale dlatego że rola tego prawa rośnie. Już nie zawsze respektowane są zasady konsensusu. Outsiderzy (np. obce przedsiębiorstwa) mogą szukać wsparcia dla swoich racji w instytucjach poza-krajowych.

O Skandynawii warto przeczytać po polsku tu: [1] [2][3]

Walka klas 1
Poszukiwania u źródeł

Żeby zacząć zrozumiale mówić o problemie „klasowości społeczeństwa kapitalistycznego” w Polsce, trzeba to chyba zrobić z perspektywy osobistej, ludzkiej, namacalnej, ze dwa piętra poniżej całkiem sporej teorii na temat kapitalistycznego ustroju, naszego ustroju. Choć inspiracją tego cyklu artykułów (cyklu, bo będę orał regularnie) jest tu gdzieś przeczytana rada Žižka, że czas przestać jedynie działać (np. podróżować), trzeba zacząć językiem teoretycznym opisywać działalność. Zobaczmy co da się zrobić.

Zeszłoroczne wakacje zacząłem z przeczytanymi „Dystynkcjami” Pierre'a Bourdieu i liźniętą „Klęską solidarności” Davida Osta. Nawet nietrudno zgodzić się z tezą Osta, że powinniśmy czasami definiować problemy w oparciu o interesy klasowe, skoro w ogóle ich tak dotąd w PL nie definiowano. W końcu skoro kapitalizm mamy, to pewnie są gdzieś i te klasy. Tylko jak zobaczyć coś, czego wcześniej nie było widać? Bourdieu stwierdził, że różne klasy różne rzeczy jedzą, piją i czytają. A przynajmniej tak było dawniej (w XX wieku) i we Francji. Ale czy możliwe jest zabranie się do problemu klas z odwrotnej strony, tzn. czy jesteśmy w stanie wyśledzić obecne klasy społeczne po tym co jedzą, piją i czytają?

Między innymi z takimi problemami ruszyliśmy stopem w Europę. Nie bardzo świadomi tego, co nas czeka poruszyliśmy problem klas w małej hiszpańskiej knajpce w towarzystwie przesympatycznej pary Brytyjczyków. Kierowca okazał się socjologiem, który natenczas zaczął się odgrażać, że gdyby tylko miał tu jakiegoś drugiego Brytyjczyka to zaraz by nam zademonstrował jak rozpoznać przynależność do klasy społecznej po użyciu języka. Zrobiła na nas wrażenie ta deklaracja, ale w sumie to, że rozpoznać i że w języku to już słyszeliśmy. Ale co rozpoznać? Co powiedzieć jak już się widzi tę różnicę? Klasa niższa-średnia-średnia-pracująca z południa? W ten sposób uzyskać można nawet komiczny efekt, jak w artykule „Awans do klasy średniej średniej” w GW w przeddzień prima aprilisu 2008. Interesująca wydała nam się niechęć międzyklasowa, tzw. antagonizm, deklarowana przez naszych Brytyjczyków z klasy pracującej, którzy twierdzili, że nawet nie umawialiby się z kimś z klasy średniej. Łau! Próbowaliśmy trochę ich przycisnąć pytaniami o tę ich rzekomą przynależność do „klasy pracującej”, skoro studia pokończyli i rozbijają się po słonecznej Europie realizując typowo brytyjskie hobby – kupowanie domów. Po wyjaśnieniach, że przynależność klasowa nie zależy ani tak bardzo od pieniędzy, ani zawodu czy poziomu konsumpcji ODPADLIŚMY.